Doskonale pamiętam ten zimowy dzień. Wierzyłem w sukces, ale nie byłem pewny, czy repertuar zespołu, a zwłaszcza sposób interpretacji, spotkają się z życzliwym przyjęciem słuchaczy, przyzwyczajonych do zupełnie innych tradycji muzycznych. Podejmowaliśmy wyzwanie, które przerastało naszą wyobraźnię, Wiedzieliśmy wprawdzie, że sięgamy po owoc z zakazanego drzewa, ale nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jesteśmy sprawcami narodzin nowego typu muzyki rozrywkowej w Polsce.

         Pierwsze minuty koncertu rozwiały nasze wątpliwości. Burza oklasków, jakich nie słyszano tu jeszcze nigdy, entuzjazm widowni i wielokrotne domaganie się bisów przekonały nas, że wysiłek zespołu nie poszedł na marne, że właśnie tego dnia – 24 marca 1959 roku – w Klubie Kultury „Rudy Kot" przy ulicy Garncarskiej 18 w Gdańsku dokonano pierwszego wyłomu w murze przestarzałych konwencji muzycznych obowiązujących do tej pory między Bugiem a Odrą.

         Przypomnijmy bohaterów tego wydarzenia: Bogdan Grzyb – nieżyjący już gitarzysta i kierownik muzyczny grupy , b. członek zespołu Modern Jazz Sekstet i uczestnik II FMJ SOPOT '57, znany w późniejszych latach kompozytor, aranżer i dyrygent; Andrzej Sułocki – fortepian (podczas koncertu w „Rudym Kocie" zastępował go Władysław Krześniak); Jan Kirsznik – saksofon tenorowy; Leonard Szymański – kontrabas; Edward Malicki – perkusja; oraz wokalista mgr Bogusław Wyrobek – świeżo upieczony absolwent WSE w Sopocie. Bardzo lubiłem tego młodego, inteligentnego chłopca, miał w sobie coś ujmującego , charyzmę, która ułatwiła mu nawiązanie szybkiego kontaktu z publicznością. Skład zespołu uzupełniał 17-letni uczeń z Gdyni, Wojciech Zieliński (ps. Marek Tarnowski) – wykonawca m.in. piosenek z repertuaru Tommy Steele'a i utworów w stylu country. Aparaturę wokalna obsługiwał pierwszy w Polsce akustyk imprez rockowych, operator dźwięku, nieżyjący już Bogdan Wielochowski. Koncert prowadziłem ja – kierownik artystyczny i programowy zespołu,
          Największe zainteresowanie budziła elektryczna gitara w rękach Bogdana Grzyba („Grazioso" prod. Czechosłowackiej) i stojące na estradzie dwa „piece" - nieduże pudełka osłaniające wzmacniacz i głośnik o mocy... 15 watów, wymontowane z radzieckiego magnetofonu „Dniepr". Było to zresztą jedyne urządzenie „elektryczne" (reszta była „unplugged"), a przecież i ono miało w tym czasie moc trąb jerychońskich, skoro nazajutrz w jednej z gdańskich gazet czytaliśmy o niezwykłej potędze brzmienia i o tym że zespół grał tak głośno, że aż mury klubu pękały.

          Mam przed sobą program tej imprezy. Otwierała ją „marsylianka" miłośników rock and rolla, symbol muzycznej rewolucji nastolatków czyli Rock Around The Clock i seria popularnych w tym czasie rock'n'rolli i slow-rocków z repertuaru Billa Haleya, Elvisa Presleya, Little Richarda, „Fatsa" Domino, Paula Anka i Tommy Steele'a. Szczególnym powodzeniem cieszyły się utwory z repertuaru Presleya – i to nie tylko dynamiczne rock'n'rolle (Jailhouse Rock, Blue Suede Shoes itp.) , ale także piosenki nastrojowe w rodzaju Love Me Tender, Love Me czy Loving You. Bloki wokalne przeplatały utwory instrumentalne, przeważnie boogie'woogie, wśród których brylowała pierwsza i jedyna w programie pozycja rodzimego chowu: kompozycja Bogdana Grzyba Holla-Hop Boogie. Koncert kończył ekspresyjny rock 'n'roll z repertuaru Billa Haleya Don't Knock The Rock! (Nie nokautujcie rocka!).
          Przy bliższych przyjrzeniu się repertuarowi zaskakuje brak utworów w stylu rythmy and blues, nawiązujących do nazwy zespołu. Po pierwsze: woleliśmy nie używać sformułowania „rock and roll", bo było ono w tym czasie niemal na indeksie, a po drugie: nazwa grupy była nazwą „docelową", wyrażającą muzyczne zainteresowania członków zespołu, a nawet zamiar wprowadzenia instrumentów dętych (czterech saksofonów) umożliwiających realizację założeń programowych, Niespodziewana likwidacja grupy przekreśliła te zamiary.
          W maju 1959 roku Rhythm and Blues, uzupełniony 20-letnim wokalistą z Gdyni Andrzejem Jordanem (był to pseudonim Andrzeja Szmilichowskiego), uczestniczył w I ogólnopolskim Turnieju Zespołów Jazzowych I Rozrywkowych w Warszawie (I miejsce), a jesienią tegoż roku – po odkryciu i dokooptowaniu utalentowanego pieśniarza cygańskiego, piętnastoletniego Michaja Burano (bardziej znanego w późniejszych latach pod pseudonimem John Mike Arlow) odbył dwutygodniowe tournée po kraju, przerwane brutalną interwencją Ministerstwa. Warto przypomnieć, że konferansjerem zespołu na wspomnianej trasie był... Wojciech Dzieduszycki – uroczy starszy pan (Dymek z papierosa), szalenie wytworny, elegancki i dowcipny, wspaniały znawca muzyki, publicysta, krytyk i aktor. Ale kiedy stanął oko w oko z tłumem rozwrzeszczanych fanów rock'n'rolla, okazało się, że pasuje do tego jak kwiatek do kożucha. W połowie trasy zrezygnował, a jego miejsce zajął Zbyszek Korpolewski - młody konferansjer bez kompleksów, doskonale dający sobie radę z wielotysięczną widownią.
          Żywot pierwszej polskiej formacji „mocnego uderzenia" trwał zaledwie siedem miesięcy objął realizację 39 imprez. Ostatni koncert odbył się 27 października 1959 roku w Klubie Pracowników Żeglugi w Gdańsku przy Wałach Piastowskich 24.
Ilekroć sięgam pamięcią do wydarzeń roku 1959, zawsze zastanawia mnie determinacja, z jaką przeciwstawialiśmy się ówczesnym decydentom kultury, oburzonym, że coś się dzieje bez ich wiedzy i przyzwolenia. Napastliwe były zwłaszcza epitety publicystów. Dla wielu z nich byliśmy w tym czasie bandą debili otumanionych zachodnią subkulturą, pajacami pozbawionymi talentu i słuchu, big-beatowmi troglodytami popularyzującymi tandetę i szmirę. Szczególnie dotknął mnie artykuł Daniela Passenta we wrześniowym numerze „Polityki". Zdziwienie było tym większe, ponieważ autora felietonu bardzo ceniłem (i cenię); był on często wyrazicielem moich przekonań, reprezentował podobne poglądy. A tu nagle taki numer... Dosłownie byłem chory po przeczytaniu felietonu, który przypominał donos. Przy odmowie zezwoleń na występy, urzędnicy wydziałów kultury i sztuki rad narodowych często powoływali się na ten artykuł, radząc zespołowi zabrać się do odrabiania rachunków, a nie do liczenia pieniędzy.

          Nie wszyscy dziennikarze zajmowali podobne stanowisko. Co najmniej trzej byli innego zdania: Roman Waschko i Remigjusz Szczęsnowicz ze „Sztandaru Młodych" oraz Sławomr Sierecki z „Wieczoru Wybrzeża". Romana Waschko poznałem w roku 1957 z okazji II Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie. Był to wysoki, przystojny, świetnie ubrany mężczyzna w moim wieku bardzo sympatyczny znawca muzyki jazzowej, publicysta, autor rubryki (o różnych nazwach) poświęconej najpierw wyłącznie jazzowi, a potem muzyce rockowej. Był chyba pierwszym dziennikarzem, który zrozumiał, o co w tym wszystkim chodzi, czym jest rock'n'roll i czym będzie w najbliższej przyszłości. Muzyka rockowa zawdzięcza mu bardzo wiele. Był jej konsekwentnym obrońcą i popularyzatorem. Remka Sczęsnowicza, wspaniałego kumpla, znałem jeszcze z Wilna. To on w roku 1941 ukrywał przez pewien czas Leopolda Tyrmanda, gdy wojska niemieckie wkroczyły do Wilna. Był bardzo otwarty na nowe trendy w muzyce młodzieżowej i doskonale rozumiał, że tej rwącej rzeki nie da się zawrócić kijem. Sławek Sierecki reprezentował cechy obu wymienionych dziennikarzy.

          Dziś tamte lata wspominam bez emocji, dziwię się nawet, że przeżywałem to wszystko tak głęboko. Ale w roku 1959 ataki na rock'n'roll i gdański zespół powtarzały się z dokładnością szwajcarskiego zegarka i o dalszej działalności ekskomunikowanej gruby nie było mowy.

 

FRAGMENT WSPOMNIEŃ FRANCISZKA WALICKIEGO Z KSIĄŻKI „SZUKAJ BURZ BUDUJ" wydanej w roku 1995 przez TRZ-Wojciech Trzciński

.SZUKAJ_BURZ_BUDUJ

Atak już nadchodzi...Kalendarium MPR

Zbliżające się imprezy z Kalendarium MPR.

Więcej...

Informacji o koncertach udziela Fifi: +48 698 592 254
fifi@muzeumpolskiegorocka.pl

Projekt współfinansowany ze środków Narodowego Centrum Kultury.

Narodowe Centrum Kultury

Naszą witrynę przegląda teraz 6 gości