Krzysztof_Skiba_papiery_SBSkibaKRZYSZTOF SKIBA

Przedłużony Jarocin …

Na festiwalu muzyków rockowych w Jarocinie przez lata pojawiałem się jako
fan muzyki rockowej. Później zjawiłem się tam jako rewolucjonista, a na końcu
jako zaproszona gwiazda, ale po kolei…

Byłem w Jarocinie już w 1981 roku, a także w 1982 roku kiedy to z powodu
stanu wojennego odwołano wszystkie imprezy muzyczne w Polsce. Nie było ani
międzynarodowego Sopotu, ani krajowego Opola, ani nawet festiwalu piosenki
rosyjskiej w Zielonej Górze. Jarocin się jednak odbył. Był to przedziwny
festiwal na którym władza pokazywała jaka jest bezmyślna i silna zarazem.
Koncerty odbywały się w tzw. amfiteatrze, wchodziło się bez biletów, bo
bramka kradła pieniądze biorąc na lewo w łapę. Ja dostałem się na tzw.
krzywy ryj, bo usłyszałem przypadkowo hasło, które w magiczny sposób było
przepustką do środka. Hasło brzmiało

„Jestem od małego Tomka z TSA”

Oczywiście żaden mały Tomek nigdy nie grał w TSA, ale hasło było skuteczne.
Do amfiteatru który mieści góra trzy tysiące osób, wepchało się z „małym
Tomkiem” na ustach z pięć tysięcy. Wiele osób w ogóle nie wchodziło na
koncerty tylko słuchało kapel pod murem co było możliwe, bo głos się dobrze
roznosił, a zadaszona była tylko scena. Okolice amfiteatru były patrolowane
przez mieszane patrole wojskowo milicyjne. Niektórzy z patrolujących
mieli broń maszynową na plecach. Miało to z pewnością robić wrażenie (a
konkretnie siać strach) na fanach rocka. Użycie broni maszynowej w sytuacji
imprezy masowej jest skrajnie nieodpowiedzialne i nigdzie chyba na świecie
nie stosowane. To była taka demonstracja siły. Zagrywka psychologiczna.
Do dzisiaj się zastanawiam czy te automaty wycelowane w nas były nabite
ostra amunicją czy ślepakami. Festiwal w 1982 roku jest ciekawy także z tego
powodu, że po raz pierwszy widziałem na oczy jak milicja kradnie. Nie miałem
kasy aby udać się na koncert finałowy, a hasło z „małym Tomkiem z TSA” już
nie funkcjonowało. Trzeciego dnia festiwalu zostałem na polu namiotowym.
Widziałem już świetny koncert Republiki podczas którego skacząc złamałem
ławkę w amfiteatrze (ławka pękła w trakcie słynnego numeru „Kombinat”) ,
widziałem SS-20 (późniejszego Dezertera) oraz TSA i T.Love więc uznałem,
że mogę poleniuchować na polu namiotowym tym bardziej, że nie czułem się
najlepiej.

W trakcie finałowego koncertu Jarocina 1982 najciekawsze rzeczy działy
się nie na scenie, ale na opustoszałym polu namiotowym. Pojawiły się tam
umundurowane kilkuosobowe grupki zomowców i cywilnych funkcjonariuszy
SB, które pod pretekstem „szukania materiałów wybuchowych” dokonywały
regularnych kradzieży mienia pozostawionego w namiotach. Gdy obudzony
przez myszkujących stróżów prawa ironicznie skomentowałem te niby rewizje
dostałem pałą przez łeb, co w sposób ostateczny zakończyło mój naiwny
protest. Ponieważ byłem bez portfela i kompletnie bez forsy nie przedstawiałem
jakiejś większej wartości dla kolekcjonerów cudzy rzeczy z MO. Rabunki
trwają w najlepsze. Komuś kradną zegarek, innemu myszkują w plecaku pod
pretekstem „szukania ulotek”. Mój kolega z liceum Michał Pastuszek który
został ze mną na polu namiotowym został okradziony bezczelnie ze srebrnego
łańcuszka. Rekwirując łańcuszek milicjant dowcipnie oznajmił „żebyś się
na nim nie powiesił”. Bezpieczeństwo obywatela zawsze było dla milicji
priorytetem. Mogliśmy tylko bezradnie patrzeć jak okradają sąsiednie namioty.

O wiele bardziej dramatyczne przeżycia miały miejsce na festiwalu w 1985
roku. Przyjechałem tam z nową dziewczyną Renatą poznaną na studiach i
plecakiem ulotek. Byłem w tym czasie aktywnym uczestnikiem nielegalnego
ugrupowania anarchistycznego o dosyć wydumanej nazwie Ruch Społeczeństwa
Alternatywnego. RSA walczyło komuną, ale także z przymusem służby
wojskowej i energetyką atomową. Uważaliśmy, że świat bez wojska były
piękny, a świat bez państwa jeszcze piękniejszy. Uznaliśmy, że fani rocka
gromadzący się na takich festiwalach jak Jarocin to nasza naturalna gleba
rewolucyjna. Chcieliśmy upolitycznić kontrkulturę, która w tamtym czasie
ograniczała się przeważnie tylko do słuchania muzyki i picia piwa.

Przytomnie rozbiłem namiot nie na polu namiotowym tylko prywatnie w
ogródku u jednego z mieszkańców Jarocina. Już pierwszego dnia spotkałem
umówionych kumpli i pewną dziewczynę z Gdańska. Rozdzieliłem ulotki i
ruszyliśmy do roboty. Tym razem festiwal odbywał się na stadionie miejskim
w Jarocinie i był o wiele większy od tego w 1982 roku. Był to jeden z
rekordowych frekwencyjnie festiwali. Organizatorzy sprzedali ponad 20
tys. karnetów. Przez trzy dni festiwalu ulotki RSA sypały się na całego.
Były prawdziwym „przebojem” imprezy. Doszło do tego, że osoby, które
miały coś białego w rękach co mogło przypominać ulotkę (np. papier w
który owinięta była kanapka) były szybko zatrzymywane i rewidowane.
Trzeciego dnia festiwalu stadion w Jarocinie naszpikowany był już cywilnymi

funkcjonariuszami SB z całego regionu Jarocina, a także z Kalisza i Poznania.
Ludzie bezpieki udając fanów Dżemu czy Kultu obserwowali sytuacje na
stadionie.

Oto notatka służbowa sierżanta Stanisława Gramalli z Powiatowej Komendy
MO w Jarocinie (IPN LD 0043 847)

W dniu 1985.08.15 o godz. 20.45 – znajdując się na Festiwalu Muzyki Rockowej
– stadion miejski w Jarocinie, zauważyłem, że w odległości około 30 m. ode
mnie jakiś mężczyzna rozrzucił ulotki (…) a następnie zaczął szybko się oddalać
chowając się w tłumie. Zdarzenie to miało miejsce po lewej stronie przed sceną
główną w odległości ok. 20 m. przy drewnianej tablicy. Mężczyzna ten był
w wieku ok. 25-28 lat, około 170 cm wzrostu, średniej budowy ciała, włosy
czarne długie do ramion z tyłu spięte gumką w tzw. „kitkę” – ubrany był w
koszulę koloru jasnego, ciemną kamizelkę, krótkie spodenki, a na ramieniu miał
przewieszoną torbę.

W związku z zaistniałym zdarzeniem szybko udałem się za nim w kierunku w
którym zmierzał, jednakże na skutek zapadającego zmroku oraz dużej ilości osób
znajdujących się w tym czasie na stadionie wymieniony wmieszał się w tłum i
znikł z pola mojego widzenia. W tej sytuacji wróciłem z powrotem na miejsce
rozrzucania ulotek w celu ich zabezpieczenia lecz już wszystkie były pozbierane i
nic nie znalazłem. Na stadionie przebywałem do godz. 22.00 lecz mężczyzny tego
już nie spotkałem.

Podobnych notatek służbowych informujących o rozrzucaniu ulotek na terenie
festiwalu jest jeszcze kilka co potwierdza fakt inwigilacji widowni w Jarocinie
przez SB i MO.

Była to już ostatnia partia ulotek jakie miałem do rozrzucenia. Swoim kumplom
rozdałem po ilości, która wystarczała na tzw. jeden rzut sobie zostawiając dwie
takie partie. Mój błąd polegał też na tym, że nie czekałem aż zrobi się ciemno.
Był taki wczesny i jasny wieczór gdy rzucałem drugą tego dnia paczkę ulotek.
Zostałem dostrzeżony przez funkcjonariusza SB młodszego chorążego Andrzeja
Wesołka, który wraz z pod porucznikiem Bogusławem Smolińskim założył mi
tzw. podwójnego nelsona i dokonał zatrzymania. Wyrywałem się i udawałem,
że ktoś mnie napadł. Niestety akcja zatrzymania miała miejsce nie w tłumie
widzów tylko na drodze prowadzącej do stadionu gdzie liczba fanów rocka
była niezbyt liczna i zajęta głównie kupowaniem napojów i zapiekanek. Szybko
zostałem zawleczony do tajnego punktu SB, który mieścił się w hotelu Jarota

na stadionie w miejscu, który udawał punkt „pierwszej pomocy”. Biały kitel
lekarza zawsze wzbudza zaufanie. Tymczasem okazało się że „lekarzami” są
wąsaci panowie z wiadomego urzędu. Przypięto mnie kajdankami do kaloryfera
i zameldowano sukces centrali. Funkcjonariusz po wykręceniu numeru w
cyferblacie szarego jak rzeczywistość telefonu służbiście zameldował:

- Szefie! Mamy go!

Notatka służbowa. Jarocin dn. 1985.08.16. (IPN LD 0043 847)

W dniu dzisiejszym w trakcie wykonywania czynności służbowych na bocznej
płycie stadionu miejskiego w Jarocinie wraz z p.por Bogusławem Smolińskim
stojąc na wale (…) zauważyliśmy jak nieznany mężczyzna rzucił w górę plik
ulotek. W tym momencie nastąpiło poruszenie wśród widzów. Udaliśmy się
w kierunku rozrzuconych ulotek. Idąc w tym kierunku zauważyliśmy innego
młodego mężczyznę ubranego w kurtkę dżinsową, spodenki krótkie, czarne włosy
z tyłu zapinane w warkocz, jak wyjął z trzymanej na pasku torby plik ulotek i
rzucił je w górę (…). Wymienionego zatrzymaliśmy w odległości ok. 10 m od
miejsca rozrzucania ulotek. W chwili zatrzymania stawiał opór i próbował się
wyrwać, został doprowadzony do punktu dowodzenia (…)

Patrząc na to myślałem, że to jakiś tandetny policyjny film. Obok mnie z
kajdankami na rękach siedziało kilku innych zatrzymanych. Ich wielkim
przestępstwem było przemycenie kilku flaszek alkoholu na teren festiwalu
(w PRL w trakcie Jarocina trwała absolutna i pełna prohibicja). Ja jako gość
specjalny szybko zostałem przeszukany i …tu pojawił się problem. Zatrzymano
mnie prawie nagiego. Sierpień 1985 był bardzo gorący. Miałem na sobie krótkie
spodenki bez majtek oraz dżinsową kurtkę. Byłem bez dokumentów oraz
bez…ulotek. Zeznałem, że zatrzymanie mojej osoby to jakaś horrendalna
pomyłka, że widziałem tego faceta co rzucał ulotki i nawet mogę go opisać.
Niestety funkcjonariusze stwierdzili, że tym facetem, który rzucał byłem
na pewno ja. Ich problemem był brak dowodu rzeczowego w postaci ulotek
oraz fakt, że nie wiedzieli kogo mają. W warunkach przypominających
transportowanie najgroźniejszych gangsterów zostałem przewieziony do
komisariatu w Jarocinie. Tam trwało śledztwo podczas, którego pytano mnie
jak się nazywam, gdzie mieszkam, skąd mam ulotki, z kim przyjechałem do
Jarocina itd. Twierdzili też, że mają nagrane filmy na których widać jak łamię
prawo rozpowszechniając niesprawdzone informacje, które „mogą osłabić

obronność państwa” oraz „zagrozić sojuszom ze Związkiem Radzieckim”.

Przez jakiś czas nie podawałem jak się nazywam. Chodziło o to aby zyskać
na czasie. Mówiłem, że jestem hipisem i mam ksywkę Jimi Hendrix. Nigdzie
nie mieszkam i nigdzie się nie uczę oraz nie pracuję. Sypiam z przypadkowo
poznanymi dziewczynami i u nich nocuję. Trzymałem się też wersji, że
zostałem zatrzymany przypadkowo, bo być może jestem podobny do tego,
który rzucał ulotki. Ta wersja zeznań nie mogła się podobać. Uzyskany czas się
przydał. Ludzie, którzy ze mną uprawiali jarociński kolportaż ostrzegli szyfrem
telefonicznie rodzinę w Gdańsku, a ta wyczyściła chatę z trefnych materiałów.
Niezwykle dzielną postawą wykazała się tu Anka Kajoto moja koleżanka z
liceum, która była w Jarocinie i ostrzegła kogo trzeba. Gdy bezpieka wpadła do
mojego mieszkania przy ulicy Szerokiej w Gdańsku matka z czystym spokojem
mogła pokazać mój pokój. Rewizja mieszkania oraz piwnicy nie wykazała
moich związków z nielegalnymi wydawnictwami.

Kalisz dnia 1985.08.24. Tajne. Plan czynności śledczych do sprawy nr RSD-18/
85. Ds.11/85

Służba Bezpieczeństwa RUSW w Jarocinie ujawniła, iż na stadionie, gdzie
odbywały się koncerty Festiwalu Muzyki Rockowej „Jarocin-85” w dniach
14,15,16.08.1985 r. w godzinach 20.10-21.00 kolportowano ulotki sygnowane
przez tzw. Ruch Społeczeństwa Alternatywnego. W dniach 14 i 15 sierpnia
br. rozrzucone zostały ulotki formatu A-7 nawołujące do uchylania się od
służby wojskowej (…) sprawcą tych kolportaży był młody mężczyzna (…) Po
dokonaniu w/w kolportaży udało mu się dwukrotnie uniknąć zatrzymania.
W dniu 16.08 br. ok. godz. 21.00 na terenie stadionu zatrzymano sprawcę
kolportażu ulotek, którym okazał się Krzysztof Skiba (…) Skiba zatrzymany
został po dokonaniu kolportażu ulotek formatu A-5 szkalujących naczelne
władze PRL i nawołujących m.in. „do walki o możliwość odpracowania służby
wojskowej i przygotowania manifestacji w dniu wyborów do Sejmu”. Ulotki
te informowały również o powstaniu w 1983 r. organizacji anarchistycznej o
nazwie Ruch Społeczeństwa Alternatywnego (…) Przesłuchany w charakterze
podejrzanego K.Skiba nie przyznał się do zarzucanego mu czynu, odmawiając
składania jakichkolwiek wyjaśnień (…)Przeprowadzone w miejscu stałego
zameldowania K.Skiby w Gdańsku przeszukanie dało wynik negatywny (…)
Skiba w trakcie przesłuchań odmawia udzielania jakichkolwiek odpowiedzi na
zadawane pytania, próbując jedynie wdawać się w luźną rozmowę na tematy nie
związane z prowadzonym śledztwem (pojęcie anarchizmu, swobody obywatelskie

w PRL itp.) (…)

Inspektor Wydziału Śledczego WUSW Kalisz

Prokuraturze wystarczyły zeznania esbeków, którzy zatrzymali mnie na
stadionie. Zostałem przewieziony do prokuratury Rejonowej w Ostrowie
Wielkopolskim (pierwszy raz byłem wówczas w tym mieście, później po
latach bywałem częściej, bo stąd wywodzili się muzycy zespołu Big Cyc).
Tam prokurator wlepił mi trzy miesiące sankcji z ulubionego artykułu dla
politycznych czyli 282a paragraf 1. Wylądowałem w areszcie śledczym przy
ulicy Jasnej w Kaliszu. W samym Jarocinie nie było ani dużego aresztu, ani
więzienia. W areszcie byłem jedynym politycznym. Miałem status egzotycznego
więźnia. Strażnicy traktowali mnie o wiele gorzej niż więźniów kryminalnych.
Może ktoś wmówił im, że jako „agent amerykański” (tak przedstawiano w
telewizji opozycję) stanowię poważne zagrożenie dla nich i ich rodzin.

W ciupie byłem często przerzucany z celi do celi. W zamyśle szefów
aresztu stanowiło to dodatkową uciążliwość i karę. Dzięki temu poznałem
wszystkich, którzy w tym czasie trafili do paki w Kaliszu i okolicach. Zasady
przetrzymywania aresztantów są o wiele bardziej surowe niż zasady osadzenia
w normalnym więzieniu. Tymczasowo aresztowany to osoba przeciwko której
toczy się śledztwo. Osoba taka nie ma prawa do wielu przywilejów, które są
możliwe w normalnym więzieniu. Nie ma kontaktów między celami, spacery
są ograniczone do minimum i odbywają się tylko w ramach jednej celi. Nie
ma możliwości skorzystania z biblioteki, czy uprawiania jakichkolwiek zajęć
sportowych. Nie wolno posiadać w celi radia oraz materiałów piśmienniczych.
Posiadanie ołówka czy kartki było w areszcie zakazane. Nie mogliśmy nawet
grać w statki czy kółko i krzyżyk. O rozrywkach takich jak telewizja, gra w
kosza czy tenis stołowy nie było nawet co marzyć. Kąpiel możliwa była tylko
raz w tygodniu.

Mimo tych wszystkich dolegliwości i wyjątkowo wrednego personelu
strażniczego oraz zajadłej ekipy z SB pobyt w areszcie wspominam całkiem
miło. Dostałem łaskawie zgodę od prokuratora na czytanie książek. Wysłałem
matce całą listę lektur i niebawem pojawiły się u mnie w celi pozycje takie
jak „Bracia Karamazow”, „Zbrodnia i kara”, „Biesy”, „Idiota”, „Biedni

ludzie”, „Gracz” i inne powieści Fiodora Dostojewskiego. Właśnie pobytowi
w celi przy ulicy Jasnej zawdzięczam gruntowną lekturę wszystkich książek
wielkiego Rosjanina. Ten charakterystyczny styl narracji, sposób w jaki opisuje
sytuacje matni w jakiej znajdują się jego bohaterowie bardzo konweniował ze
stanem mojej psychiki. Tylko jeden więzień zaingerował się moimi lekturami.
Był to Pingwin z Wrocławia, który reprezentował w areszcie świat sprytnych
oszustów. Okazało się, że Pingwin, mimo, że jedynie po szkole podstawowej,
to niezwykle bystry i inteligentny człowiek, miłośnik Dostojewskiego. Niestety
Pingwin miał czas na lekturę tylko gdy siedział, a że siedział często więc był
dosyć dobrze oczytany. Inni niestety nawet nie próbowali czytać. Jeden więzień
zabrał się za „Zbrodnię i karę” bo był przekonany że to jakiś dobry kryminał. Po
przeczytaniu kilkudziesięciu stron oddał mówiąc

- Eee…dziwne to jakieś i poplątane…

W pierdlu w Kaliszu nie było w tamtym czasie jakiś wielkich przestępców.
Większość z nich stanowili tzw. „akowcy”. Akowiec było to żartobliwe
określenie drobnego złodziejaszka, który kradnie „a to kury, a to kaczki…”.
Dzięki przerzucaniu z celi do celi siedziałem z kilkoma współpracownikami
Pingwina. Było to najbardziej kolorowe i sensowne towarzystwo. Ludzie, którzy
trudnią się oszustwami muszą dysponować pewnym zasobem inteligencji. Poza
tym był tam jeden prezes złodziej, jeden niby ksiądz kapuś, kilku włamywaczy i
kilku takich osiłków, co to dali komuś za mocno w papę przy okazji zamawiania
kolejnego piwa. Siedziałem też z osobnikiem mocno patologicznym o którym
mówiono „Wampir z Krotoszyna”. Fama głosiła, że to psychol, który udusił pięć
kobiet. Milicja udowodniła mu zdaje się tylko jedno morderstwo. Pobyt z nim w
celi nie należał do najprzyjemniejszych.

Nastawiłem się na rok siedzenia tymczasem już po trzech miesiącach zostałem
wypuszczony na mocy tzw. małej amnestii Jana Dobraczyńskiego. Jan
Dobraczyński to był taki poczciwiec literat i katolik na usługach komuny. Był
przewodniczącym Polskiego Ruchu Ocalenia Narodowego w skrócie PRON (w
opozycji mówiono na to „prącie”) który w stanie wojennym odgrywał role
takiego niby ciała społecznego i doradczego. Na wniosek Dobraczyńskiego
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych z kwaśna miną ogłosiło małą amnestię dla
więźniów politycznych, którzy zostali pierwszy raz zatrzymani. Gest taki miał
uwiarygodnić PRON w oczach społeczeństwa. Uważano, że ci ludzie dali się
podkusić złym podszeptom, pobłądzili i trzeba dać im szanse powrotu na łono
socjalistycznej ojczyzny. Oczywiście o wyjściu na wolność takich działaczy jak

Michnik, Kuroń, Borusewicz czy Frasyniuk nie mogło być mowy. W całym
kraju areszty i wiezienia opuściło ponad trzysta osób. Samo wyjście z więzienia
wiązało się z pewnym zabawnym wydarzeniem. Otóż kilka dni przed
ogłoszeniem małej amnestii dla politycznych (akt taki utrzymywany był w
tajemnicy) podczas gry w piłkę na spacerniaku strażnik uniemożliwił rozgrywki
zabierając nam piłkę. Określenie piłka jest tutaj pewnym nadużyciem. Była to
kula z gazety owinięta moją skarpetą. Zarekwirowanie tak ważnego dla
rozgrywek wewnątrz celi przedmiotu uznałem za dodatkowa represję i
rozpocząłem strajk głodowy. Głodowałem twardo przez tydzień wzbudzając
popłoch wśród strażników nie przyzwyczajonych w Kaliszu do takiej formy
oporu. Całkowity przypadek sprawił, że właśnie po tygodniu mojej głodówki
Ministerstwo Spraw Wewnętrznych ogłosiło na wniosek Jana Dobraczyńskiego
amnestię. Gdy rozeszła się wieść, że „student” (taka miałem ksywkę w
więzieniu) wychodzi z aresztu wszyscy byli przekonani, że dzieje się to na
skutek podjętej przeze mnie głodówki. Tego samego dnia gdy opuściłem hotel
przy ulicy Jasnej pół aresztu odmówiło przyjęcia posiłku.

Innego rodzaju zabawna sytuacja miała miejsce w tym czasie w słynnym
kościele św. Brygidy w Gdańsku. W kościele pod patronatem księdza
Jankowskiego działała ciało, które było czymś w rodzaju rady pomocy
represjonowanym ze względów politycznych. Rada opiekowała się
zatrzymanymi z regionu gdańskiego. Zapewniano pomoc adwokacką i drobną
pomoc finansową gdy istniała taka potrzeba. Ponieważ byłem z Gdańska, ale
studiowałem już wtedy w Łodzi, siedziałem w Kaliszu, a zatrzymano mnie w
Jarocinie, a na dodatek nie byłem ani działaczem „Solidarności” ani RMP tylko
anarchistą z RSA to z wciągnięciem mnie na listę był pewien kłopot. Jasiu
Waluszko jako były ministrant od księdza Jankowskiego, a w tamtym czasie
twardy ateista przemógł się i zgłosił moją osobę do grona osób zatrzymanych z
paragrafów politycznych. Jak się wkrótce okazało także opozycja miała swoją
biurokrację. Dopiero po trzeciej wizycie grupy kolegów, którzy w sposób
dosyć stanowczy wyrazili swoje niezadowolenie udało się mnie wreszcie
zarejestrować na liście represjonowanych. Efektem tych działań był fakt,
że działający w tym szlachetnym gronie pomocowym jako kurierzy, znani
gdańscy aktorzy Halina Słojewska i Jerzy Kiszkis przynieśli mojej matce w
imieniu księdza Jankowskiego pieniądze na adwokata. Co więcej, spotkało mnie
wyróżnienie, którego nie miałem prawa się spodziewać. Zostałem dołączony
do listy osób o uwolnienie których modlono się w kościele św. Brygidy. Jakież
było zdziwienie kilku znajomych gdy podczas mszy u księdza Jankowskiego

tłum wiernych modlił się m.in. za „uwolnienie z aresztu Krzysztofa Skiby”. Nikt
z modlących nie miał pojęcia, że modli się za anarchistę.

Po wielu latach gdy jako osoba często pokazująca się w telewizji byłem już
kimś znanym i popularnym podczas pewnego koncertu w małym mieście na
Wielkopolsce podszedł do mnie straszy ochroniarz zabezpieczający tyły sceny
podczas występu zespołu Big Cyc. Spotkanie ,miało miejsce przy mobilnej
toalecie Toi Toi.

- Panie Krzysiu my się znamy!

- Tak? Był pan z nami już na jakimś koncercie?

- Byłem z panem na koncercie w Jarocinie w 1985 roku. To ja pana
zatrzymałem…

Odjęło mi z wrażenia mowę. Kompletnie go nie pamiętałem, ale to mógł być
jeden z nich czyli albo chorąży Wesołek albo podporucznik Smoliński. Facet
zasalutował służbiście gdy wchodziłem do kibla.

Atak już nadchodzi...Kalendarium MPR

Brak imprez...

Zbliżające się imprezy z Kalendarium MPR.

Więcej...

Informacji o koncertach udziela Fifi: +48 698 592 254
fifi@muzeumpolskiegorocka.pl

Projekt współfinansowany ze środków Narodowego Centrum Kultury.

Narodowe Centrum Kultury

Naszą witrynę przegląda teraz 6 gości